Nasza Rodzina Misyjna z Meksyku opowiada…

opublikowane na 03/12/2018
mex

Przybyła pewnego dnia do naszej „szkoły” kobieta z chłopcem szczególnym: jego wzrost i wymowa nie odpowiadały wiekowi pięciu lat, w którym był według słów matki. Wargi i koniuszki palców miał fioletowe. Dowiedzieliśmy się potem, że miał poważne problemy z sercem, które powodowały ciągłe niedotlenienie. Miał także widoczne problemy z poruszaniem się. Nie mógł regularnie uczęszczać do szkoły i dlatego, choć w rzeczywistości miał dziewięć lat, nie umiał czytać ani pisać. Mówił jak bardzo małe dziecko   używając bardzo dziwnych dźwięków. Zaoferowaliśmy mu pomoc i zaproponowaliśmy rozpoczęcie lekcji od następnego tygodnia. Przyszedł dopiero po dwóch miesiącach: kilka dni po naszym pierwszym spotkaniu u jego mamy zdiagnozowano białaczkę. Kiedy przyszli znowu, mama była już po chemioterapii i miała na głowie chustkę. Ab, bo takie było imię chłopca, rozpoczął wreszcie lekcje, chociaż musieliśmy po niego chodzić i odprowadzać go do domu ze względu na sytuację jego mamy. Jego zainteresowanie nauką wzrastało, pomimo tego że choroba (zarówno jego, jak i jego mamy) nie pozwalała mu być zawsze obecnym. Po kilku miesiącach zastaliśmy w jego domu zamknięte drzwi, a zaglądając przez okna nie zobaczyliśmy nikogo.

Wiadomości  z naszych domów Sąsiadka, która zdawała się nas znać, powiedziała nam, że mama Aba zmarła, a jego ojciec, który musiał pracować, zawiózł dzieci do babci, aby ona się nimi zajmowała. Do dzisiaj, kiedy przechodzimy obok domu Aba, wspominamy jego, jego śmiech i jego próby prawidłowego wymawiania słów. Oby Pan zechciał, by nadal się uczył i by wyzdrowiał.